sierpnia 27, 2017

Kiedy bocian nie przylatuje.. Czyli o tym jak ciężko jest się starać o drugiego potomka...


Niektórym przychodzi to z łatwością. Wystarczy, że pstrykną palcami i już. Cieszą się pozytywnym wynikiem. 
Innym niestety nie. 
My należymy niestety do tej drugiej grupy. Życie doświadcza nas drugi raz. 

Długo nie mogliśmy się zdecydować. Znaczy w sumie Pan Tata, długo nie mógł podjąć tej decyzji, mimo, że chciał. Tymczasem w grudniu minie nam już rok. Rok starań o brata lub siostrę dla Bartka. Najpierw chcieliśmy zostawić to dla siebie, ale los tak plącze nam drogę do zwieńczenia jej sukcesem, że postanowiłam podzielić się z Wami tym jak to aktualnie u nas wygląda. 

Z Bartkiem było podobnie. Staraliśmy się rok. Ale nie były to takie starania na luzie, tylko częste wizyty u ginekologa, tona leków, a w szczęśliwym miesiącu (sierpniu) zastrzyk na pęknięcie pęcherzyka. I pojawił się nasz Groszek. 

Przyczynił się do tego pewien Pan doktor, do którego i tym razem postanowiłam że postawie swoje pierwsze kroki. Nie chciałam kombinować, bo skoro udało mu się strzelić z diagnozą przy pierwszym potomku - liczę / liczyłam, że przy drugim też się uda. 

Przed pierwsza ciążą mogłam liczyć na opiekę ginekologiczną (mam tu na myśli monitoringi cyklu) w Lux Medzie, w którym mamy pakiet opieki zdrowotnej. W tym niestety już kilkakrotnie usłyszałam, że a) Lux med nie zajmuje się leczeniem niepłodności, b) Lux med nie leczy pacjentek, które mają problem z zajściem w ciąże, czyt. nie wykonują monitoringów. Przez prawie 5 lat Lux Med nie poszedł więc na przód, cofnął się i pogorszył. Taka prorodzinna propaganda. 

Co jeszcze różni te starania? Nie mam już 25/26 lat. Mam prawie 31. Przy mojej niedoczynności tarczycy moje jajniki pracują beznadziejnie. Łykam leki (te same co przy Bartku - clostilbegyt) i wyczekuje środkowych dni cyklu. Wykonuje paskowe testy owulacyjne i wpatruje się w nadzieją ujrzenia drugiej kreski. Prawda jest taka, że w okresie od lutego (bo wtedy zaczęłam kontrolować czy pojawia się owulacja). Pojawiła się raz. W maju. Zachowałam ten paseczek na szczęście. 
Schowałam do teczki pełnej badań. Która niedługo pęknie w szwach. 

Za każdym razem kiedy wychodzę od ginekologa ze złymi wiadomościami (nie ma owulacji, pęcherzyk nie urósł, nic nie widzę... ) mam ochotę usiąść, załamać ręce i zrezygnować. Potem przychodzi spóźniony jak zawsze okres i zapala się nowa nadzieja. 

Pewnie nasuwa się Wam myśl, że to okropne tak pod kalendarzykiem, pod dyktando.. Ano okropne, uwierzcie mi, że ja także chciałabym aby droga od zamysłu do wykonania była krótsza. Jest to bardzo męczące i przykre kiedy każdy miesiąc, mimo uczucia ciągnięcia jajników, kończy się tak samo. 

Każdy wieczór w środkowych dniach analizuje jak mocno ciągną mnie te pieruny. Wyobrażam sobie rosnące pęcherzyki, denerwuje się przed kolejnymi wizytami u lekarza. 

Z zazdrością patrze na krągłe, ciążowe brzuszki, ze łzami w oczach oglądam zdjęcia noworodków, które pojawiają się u koleżanek. Schodząc do piwnicy patrzę na stosik pozostawionych ubranek i akcesoriów i wmawiam sobie, że jeszcze się przydadzą. 
To taka kompletna mieszanina uczuć. 
Strach, nadzieja, ból, zwątpienie, oczekiwanie. I tak miesiąc w miesiąc. 

Jasne, że po wizytach mam ochotę przestać. Bo nie są one dla zwykłych Polaków. Takie leczenie to ogromny koszt. Ale kiedy pomyślę sobie, o tym jak cudownym starszym bratem będzie Bartek... W głębi duszy nigdy nie przestanę wierzyć i chcieć. 
Przecież mamy już Misia, więc i drugie szczęście prędzej czy później zamieszka pod moim sercem. 


Prawda? 

2 komentarze:

Agata Wierzgacz pisze...

Dlaczego życie kładzie kłody pod nogi rodzicom , którzy bardzo pragną mieć dzieci ? Trzymam mocno kciuki za Was i wierzę , że Wam się uda ��❤

Żaneta B. pisze...

Agata, nie wiem właśnie dlaczego.. Ci którzy nie chcą albo wpadają, albo zachodzą bez problemów.. a my chcemy - a nam nie wychodzi..

Copyright © 2016 Mother and Son , Blogger