maja 21, 2018

12 dni razem. Wspomnienie porodu i moja ocena szpitala Klinicznego w Gdańsku.

W końcu po wielu, wielu dniach znalazłam chwilę aby usiąść i spisać te jakże świeże wciąż wspomnienia mojego pobytu na Klinicznej. Bałam się go jak wiecie. Odliczaliśmy wszyscy dni do 7.05 kiedy to otrzymałam termin stawiennictwa ze względu na cukrzycę ciążową. Bałam się ze względu na odległość od domu, tęsknotę za Bartkiem. Bałam się powtórki z pierwszej ciąży, kiedy to musiałam spędzić dwa długie tygodnie na patologii ciąży nim doznałam zaszczytu poznania swojego pierwszego synka. 

Tym razem było inaczej. I to właściwie wszystko. Zaczynając od tego, że ta ciąża była bardzo inna od pierwszej, skończywszy na tym, że dziś po 12 dniach widzimy ogrom różnic w zachowaniu naszego drugiego potomka w stosunku do Bartusia. Ale od początku... 

Stawiennictwo na poniedziałek, 7.05, a tymczasem już 6.05 w okolicach godziny 17 dostaje telefon, że są akurat wolne łóżka na patologii i czy nie chciałabym przyjechać, bo jutro może już nie być. Pierwsza myśl "Nie, bo nie mam jak dojechać...", a w drugiej już z teściową siedziałam w samochodzie z torbami i jechałam do Gdańska. 

Po krótkim pobycie na IP położniczej, zeszła po mnie z patologii bardzo miła i młodziutka położna (pierwsza osoba, którą będę bardzo mile wspominać z tego pobytu) i zaprowadziła mnie na oddział. W sali przyjęć tysiąc pytań, badanie ciśnienia, wagi (kończyłam z +4kg). Kiedy już się rozgościłam na swojej sali zaproszono mnie na ktg. Na wieczór zaplanowano jeszcze dla mnie atrakcję w postaci USG dopplerowskiego, które odmieniło nasze dotychczasowe życie, kolejny raz o 360 stopni :) 


Podczas badania rozmawiałam z Panią doktor mówiąc o dziecku w brzuszku "Ona", "córka", "czy z nią...?" Tymczasem Pani doktor w pewnym momencie do mnie "Ale to na pewno ona?, przecież ja tu widzę jądra". W pierwszym momencie pomyślałam sobie, że żartuje. Takie heheszki na rozruszanie nowoprzyjętej pacjentki. 
Ale nie. Oto proszę Państwa na ekranie monitora maluje się mi przed oczami piękne, dorodne męskie przyrodzenie. W tym momencie moja córka stała się moim drugim synkiem. Szok, niedowierzanie, strach i w głowie pytania : "Co ja zrobię z pięcioma kartonami sukienek, tunik i różowych śpioszków?" i "Jak na tą zmianę zareaguje Bartek?". Tego bałam się najbardziej. Było już późno, ale zaraz po badaniu zadzwoniłam z nowiną do męża. Myślał, że żartuje. Nasz drugi syn spłatał nam takiego psikusa, że w przedbiegach strollował wszystkie żarciki dotychczasowe swojego taty :) 
Najlepsze jest to, że badało mnie trzech lekarzy (prowadzący i dwóch z lux medu) i wszyscy zgodnie twierdzili, że będzie córka. XXI wiek pokazuje, że mimo rozwoju technologii takie cuda potrafią wyjść. 

7.05. Na ten dzień zaplanowano dla mnie pierwsze próby wywoływania porodu, na sali pojawiła się także koleżanka z forum na Facebooku :) Razem spędziłyśmy tylko dwa dni.. 
Miałam test OCT, który miał sprawdzić jak czuje się Malutki i moje łożysko. Skurcze pojawiały się w okolicach maksymalnie 60-ciu. Po teście panie położne powiedziały, że może, ale nie musi rozpocząć się akcja porodowa. Nie rozpoczęła się. Więc kulałam się dalej. 

8.05 był dniem bezproduktywnym. 

9.05 około godziny 12:00 
Wsadzono mi cewnik Foleya, czyli taki silikonowy wężyk, który wypełniono solą fizjologiczną. Jego zadaniem jest zwiększyć o 2 cm rozwarcie. W internetach wyczytałam, że polecają aby z nim dużo chodzić, bo podczas chodzenia szybciej dochodzi do zamierzonego efektu. U mnie efekt był taki, że po 30 minutach dostałam mega zawrotów głowy i zaczęły pojawiać się skurcze. Co więcej były one silne i dość regularne. Cewnik nie wypadł (a miał), ale rozwarcie się zwiększyło, więc skutek jego działania był pozytywny. Na badaniu ginekologicznym pani doktor sama mi go usunęła, informując, że albo się zatrzymają skurcze, albo rozbuja się na całego. 
Marzyłam o tym drugim. 
Wróciłam na salę, skurcze nie ustawały. O 19 poczułam, że zaczęły sączyć mi się wody, a skurcze przybierały na sile. Dzwoniłam do męża, że może się szykować, bo jadę na porodówkę i prawdopodobnie będziemy rodzić. Logistyka zadziałała w miarę sprawnie. Teściowa śmignęła do Bartusia, a mąż pociągiem do mnie. Gdyby nie zdążył na pociąg, którym przyjechał - nie zdążyłby na końcówkę porodu. 

Na sali porodowej miałam dość młodą, średnio przyjemną położną. Skurcze były bardzo silne, krzyżowe. Kiedy wjechałam na porodówkę miałam 4 cm rozwarcia. Przy 6-ciu miałam iść pod prysznic i na piłkę. Nie zdążyłam.O 20:45 usłyszałam "pyk" a potem chlusnęły wody płodowe, których jak się dowiedziałam było bardzo dużo. Młoda położna okazała się średnio pomocna i dołączyła do niej starsza, około 50-letnia, której przypisuje zasługę tego, że dałam radę urodzić naturalnie. Podczas skurczy wielokrotnie krzyczałam, że "chcę cesarki, że nie dam rady", a Pani położna uparcie twierdziła, że dam radę, że jestem silna, że muszę się skupić i skumulować całą swoją siłę na parciu i oddechu. 
Jestem jej niezmiernie wdzięczna, że tak mnie dopingowała, bo właśnie głównie dzięki temu uwinęliśmy się właściwie w dwie godziny. Mąż wleciał na salę jak już była prawie główka po naszej stronie :) 
Przeciął pępowinę, popłynęły łzy. A ja cieszyłam się, że mam to za sobą, Kacper zaczął tracić tętno, lekarka która pojawiła się na sali ucisnęła mi brzuch, aby szybciej wyskoczył, przez co dość silnie pękłam, prócz tego że zostałam nacięta (i w tym miejscu przestrzegam przed panią ginekolog położnik "P" pracującą w szpitalu na Klinicznej i prowadzącą własną praktykę lekarską również w Gdańsku). Łożysko i zszywanie - to było pikuś. Na prawdę nie wspominam dobrze całego porodu, mimo, że był szybki i sam finał cudowny (Kacper urodził się o 21:55, 3440 gram, 57 cm) i dostał ostatecznie 10 pkt. Spędziliśmy dwie godziny na sali poporodowej we trójkę. 

Na oddziale noworodkowym pojawiła się żółtaczka. Powtórka z rozrywki sprzed pięciu lat. Na szczęście Kacper po naświetlaniu uporał się z nią szybciej niż Bartuś i tak 14.05 w rocznicę ślubu rodziców o 17:30 zawitaliśmy już w domku. Starszy braciszek zachwycony od pierwszego spotkania w szpitalu (na drugi dzień już przyjechał), ale w domu to czyste szaleństwo. Co chwile buziaczki, chce trzymać na rączkach. Miłość nie z tej ziemi. 

My uczymy się funkcjonować w nowym trybie dostosowanym do naszej prawie dwutygodniowej Kruszynki. Póki co nocki są w miarę - śpi z nami, bo kołyskę toleruje tylko w dzień. Karmimy się tylko piersią (od początku), pięknie śpimy na spacerku (różnie od Bartka, który mega płakał w wózku). Jest fajnie. Fajnie jest być mamą dwóch łobuziaków. 

Tylko nie fajne są te siatki i kartony z różowymi ciuszkami, więc serdecznie zapraszamy na wielką wyprzedaż w cenach do 20 zł maksymalnie :) TUTAJ WYPRZEDAŻ

Opinia końcowa o szpitalu Klinicznym w Gdańsku. 
Opieka lekarzy i położnych : 5/6 
Większość bardzo pomocna, można porozmawiać, zapytać, rozwiewają wątpliwości. Nie spotkałam się z jakimiś głupimi odzywkami. Położne młode, widać, że póki co nie zmęczone pracą, delikatne, kompetentne. 
Jedzenie : 5/6 
Dużo, mało warzyw, ale szło się najeść, więc naprawdę jeśli idziesz rodzić to nie idź z nastawieniem na bufet hotelowy. To jest szpital. Ja nie narzekałam, jedyne co to mąż donosił mi pomidora, ogorka do kanapek. 
Oddział noworodkowy : neonatolodzy - super! 6+/6 
Bardzo kompetentni, chętnie tłumaczą i odpowiadają na pytania. Naprawdę w porównaniu z opieką w szpitalu w Redłowie z Bartkiem - niebo do ziemi! 
Położne na noworodkowym - też bardzo pomocne. Kilkakrotnie otrzymałam pomoc w związku z karmieniem piersią. Dopingują, pomagają, wspierają. 

I to by było tyle wspominek :) Mam nadzieję, że dobrnęliście do końca. 

Brak komentarzy:

Copyright © 2016 Mother and Son , Blogger