O tym jak ... powiedziałam dość i była to słuszna decyzja.

O tym jak ... powiedziałam dość i była to słuszna decyzja.

17 miesięcy i dwa dni. 

Dokładnie 11.10.2019 zakończyłam karmienie piersią mojego drugiego Szkraba. Prawie półtorej roku cudownej, niemal bezproblemowej mlecznej drogi. Dałam Mu wszystko co najlepsze od siebie. Jestem z siebie zadowolona. 

Czemu, skoro bezproblemowej? 
Ano już czas. Zanosiłam się z tym od dłuższego czasu, bo z doświadczenia wiem że im później tym gorzej dziecko przeżywa rozstanie, a w tym wypadku nie zanosiło się jak u Bartka na samoodstawienie. Kacper miał swoje czujniki. Między 3 a 5 musiał dostać, inaczej nie było szans na dalsze usnięcie. 
Ostatnio nasze karmienie odbywało się właśnie nad ranem i wieczorami do snu. Mleczka już było bardzo mało 3-5 łyczków i ssanie "na sucho" bywało bolesne. 

Postanowiłam, że właśnie w ten weekend 11-13 się za to zabierzemy. Bałam się, że będzie awantura zwłaszcza o karmienie na dobranoc, bo lubił zasypiać przy cycusiu. Ale... No właśnie, ale ;) 

Piątek wieczór. Kąpiel, balsamowanie, piżamka. I smoczuś zamiast cycusia. Konsternacja, lekkie wzburzenie ale bez krzyku. Pozwoliłam Mu tego wieczoru zasnąć mi na klatce piersiowej. Zrobiliśmy sobie takie pożegnanie ;) Zabawne, bo mąż nie wierzył, że poszło tak gładko, zapowiedział, że usypianie potrwa ze 2h, a zeszło nam może z 30 minutek. 
Nad ranem - bez problemu, nawet pospał do 6:00 u siebie, co rzadko się zdarza (oczywiście z milionem pobudek). 

Kolejne dni - równie spokojne. Więcej przytulasów, umiarkowane jęczenie przez wychodzące zęby, noce z milionem pobudek bez zmian. W niedzielę miał mały kryzys, ale udało się przegonić. 
Jest dzielny. Bardzo dzielny. To był dobry czas i dobra decyzja. 

Nie zdecydowałabym się na to we wrześniu - na początku żłobka. Za dużo stresów, ale już temat żłobka jest w miarę ogarnięty i mogłam sobie na to pozwolić. Nie żałuję, nie tęsknię. Byliśmy gotowi oboje i cieszę się, że Kacper nie rozpacza. Potwierdza to słuszność mojej decyzji. 
Jestem z Niego bardzo dumna, że tak sobie z tym poradził. 

Kolejny krok. Za pół roku żegnamy smoczka (aktualnie używany do spania). 
Mam nadzieję, że pójdzie równie gładko :) 


Nowe, sensoryczne doznania dla malucha z Kapitanem Nauką

Nowe, sensoryczne doznania dla malucha z Kapitanem Nauką

Jesień. Nie przyszła, a przybiegła do nas - takie mam wrażenie. Zimność, wiecznie padający deszcz i szybko nadchodzące wieczory. Dlatego bunkrujemy się. Otaczamy się możliwie najfajniejszymi zapełniaczami wolnego czasu. Staramy się nie dać nudzie. Organizujemy sobie czas na tym, co lubimy najbardziej. Gry, książki, mądre zabawki kreatywne. 


Kapitan Nauka wychodzi nam na przeciw. 
W biblioteczce naszego Malucha pojawiły się nowości. Dwie książeczki z cyklu zwierzątek, które poznają otaczający świat. 









Mądre, delikatne treści otulone twardymi oprawami. Kacper bardzo lubi tą serię. Recenzje poprzednich o Motylku i Ptaszku znajdziecie TUTAJ, a dziś pokażemy Wam "Witaj Zajączku" oraz "Witaj Żabko". 


Każda książka, to spotkanie z sympatycznym małym zwierzątkiem, które jak to "Dziecko" ma ogrom pytań, wątpliwości, które musi koniecznie rozwiązać. Świat, który je otacza jest piękny, ale zarazem często niebezpieczny. Na swojej drodze można spotkać groźnego przeciwnika, dlatego zwierzaczki uczą się od rodziców jak uniknąć tak nieprzyjemnych sytuacji. 




"Witaj Zajączku" i "Witaj Żabko" to bogato ilustrowane, twarde strony przygotowane na eksplorację przez małe, ciekawskie rączki Twojej pociechy. Zabawne stworzenia, schowane za krzakami, inspirują do zabawy w "akuku!" , a skrzydlaci nieprzyjaciele wyglądają nader realistycznie kiedy pomachają swoimi skrzydłami. 



Książeczki to gwarancja mile spędzonego czasu we dwoje. To świetna forma zabawy, nauki i wstęp do poznawania otaczającego nas świata. Zdecydowanie polecamy!

Wyniki rozdania na Fanpagu i Instagramie : 
Zapraszam na priv : Anetę Myśliwiec, która wygrała Witaj Żabko,
oraz aga_summer, która wygrała Witaj Zajączku (Instagram)!

Gratulujemy :) 
Festiwal Dzieci Gdynia, czyli o festynie w strugach deszczu.

Festiwal Dzieci Gdynia, czyli o festynie w strugach deszczu.

Gdynia już od dłuższego czasu huczała na jego temat. W autobusach wisiały plakaty, w radio słychać było sporo informacji, facebookowe wydarzenie szybko zapełniło się chętnymi, którzy nastawili się na super zabawę dla siebie i swoich pociech. 




Czym w ogóle jest festiwal? Według definicji wikipedii: 

Festiwal (łac. festivus – radosny, wesoły, świąteczny) – szereg imprez, przeważnie artystycznych jednego typu (np. filmowych, muzycznych, teatralnych), będących przeglądem osiągnięć w danej dziedzinie, zorganizowanych w jednym czasie i pod wspólną nazwą, często ujętych w ramy konkursu.

Event w którym wzięliśmy udział w sobotę (odbywał się również w niedzielę) nie był więc ani trochę Festiwalem. Ja nazwałabym go raczej festynem. 

Schody zaczęły się dla nas już przy odbiorze biletów. Ale tą sytuację pominę milczeniem, bo nie wiem czy jest bardziej oburzająca czy śmieszna. 

Park Kolibki, w którym miało miejsce wydarzenie jest ogromny, i zamiast wykorzystać na maxa jego potencjał od wejścia witały nas samochody, które zajmowały ogromny teren parkingowy (pomijam, że niedaleko jest parking przy Centrum Handlowym i spokojnie tam można by parkować - wszyscy by się zmieścili) 

Tuż za wejściem witały nas foodtracki, w których najtańsza zapiekanka kosztowała 18 zł. Ceny - kosmos! 

Pokierowaliśmy się w stronę dmuchańców. Zjeżdżalnia, dwa skoczki - trampoliny, trampolina typowa oraz coś jakby piłkarzyki takie na dmuchanych bokach. Bartkowi i koledze przypadły do gustu piłkarzyki, ciężko ich było wyciągnąć. Ale udało się i poszliśmy też na dmuchany zamek ze zjeżdżalnią, gdzie rozgorzała przy nas ostra wymiana zdań między mamami na oko rocznych dzieci, a panem z obsługi. Panie na siłe chciały aby ich ROCZNE dzieci skorzystały z dmuchańca mimo że ledwo dawały radę same wejść na niego po schodkach. Zdecydowanie przy takich "zabawkach" powinny być regulaminy jasno określające od jakiego wieku można z nich korzystać. Zabawnie było patrzeć jak jedna z mam na siłe popycha na górę swoje maleństwo a potem z nim zjeżdża by pokazać swoją wyższość nad panem... Madki są straszne. 





Chłopaki pokorzystali z dmuchańców (pomijam 30 minutowe stanie w kolejkach). Pokonali tor przeszkód. Odwiedziliśmy też panią stomatolog.
Było też malowanie twarzy i piłkarskie bramki (tu też pomijam kolejki). Udaliśmy się coś zjeść, a potem pod scenę. Chcieliśmy obejrzeć teatrzyk Profesora Wodorka, jednak Wujek Ogórek (pierwszy raz słyszałam i zapewne ostatni) trochę (około 20 minut) przedłużył swój występ. Bawił się świetnie na scenie, dzieci pod nią już trochę mniej.. (tu pominę pogodę, która się popsuła i zaczęło lać.) Staliśmy, słuchaliśmy Wujka Ogórka śpiewającego (o ile śpiewaniem można to nazwać) o dinozaurach i turbożółwiach... ( nie pytajcie... ) w strugach deszczu. Profesorek Wodorek - owszem, zabawny. Rozśmieszył nas :) Po nim miała wystąpić Gwiazda tego dnia Majka Jeżowska! Bartek bardzo lubi szczególnie piosenkę "Na Wyspach Bergamuta"... Niestety - nie doczekaliśmy. Koncert miał zacząć się o 16:30. Zaczął o 17:00. Bartiemu było zimno i strasznie przemokliśmy. 




Podsumowując. 
Nie był to Festiwal dla Dzieci, bo o Dzieciach pomyślano tu drugorzędnie. Trzy dmuchańce (gdzie na gdyńskich festynie dla Dzień Dziecka jest ich 10-15.. i są za DARMO!) to kpina przy takich opłatach za bilety. 
Stoiska różnorodnych firm, które mogły się pokazać i foodtracki. Komercja na sto fajerek. 
30 minutowe opóźnienie koncertu, przy opadach deszczu - spoko.. stary może poczekać, ale dzieci? WSTYD! 

Nic więcej Wam nie powiem, bo nie było tam nic co byłoby warte uwagi i zachwytu. Rodziny z dziećmi wydały ponad 100 zł na to, aby dzieci poskakały sobie na dmuchańcu i pomalowały twarze. I moja opinia nie jest jedyną negatywną. Profil Festiwalu zalała fala podobnych... 








Pierwszy tydzień żłobka za nami.

Pierwszy tydzień żłobka za nami.

To zdecydowanie nie był dla nas łatwy tydzień, ale jak to mowią "Pierwsze koty za płoty". 

Pierwszego dnia byliśmy oboje z mężem z Kacperkiem. Dziecko z rodzicem mogło być tylko 20-30 minut, potem należało wyjść i wrócić po 1,5h. Drugiego dnia Kacper został już sam na 2h, a od trzeciego zostaje już od 8:00 do 14:00. Jak jest? 

Poranki są ciężkie. Dzieci płaczą już w szatni, więc nasz Kacperek też nie pozostaje w tyle i zaczyna popłakiwać. Przekazanie pod salą jest koszmarne. Trzymałam się dzielnie cztery dni, a dziś już moje matczyne serce pękło i niestety zamknęłam za nim drzwi i się rozpłakałam. To jest bardzo przykry moment, kiedy musisz oddać płaczące dziecko obcej osobie. 

Każdego ranka mówimy Kacperkowi, że pójdziemy do dzieci i wydaje mi się, że rozumie, bo zaczął pokazywać palcem już dzieci w książeczkach i na dworze. Wie kim są dzieci. 

Wieści od Pań opiekunek. 
Są dobre. Rokujące na plus, oby takie pozostały, nie pogorszyły się.
Kacperkowi dopisuje apetyt. Pani stwierdziła dziś, że jada więcej niż 3-latki, które teraz oddała do przedszkoli :) 
Zasypia ładnie na leżaczku, ale niestety drzemkuje tylko 30 minut, przez co wróciły nam szybkie wieczorne kąpiele i sen nocny. O ile snem można to nazwać, bo od dwóch tygodni znów mamy pobudki co godzinę - dwie. I znów mam jęczmień na powiece z przemęczenia, nie wyspania...

Ale to nie o mnie miało być.

Pani pochwaliła Kacperka i nas - rodziców, że widać, że był przygotowywany do tego, że pójdzie do żłobka. Jest jednym z niewielu dzieci, które w dzień nie płaczą. Chodzi, obserwuje, bawi się zabawkami, brał udział w rytmice. Nie jest typem przystulasa.. Taki "Zoś Samoś" :) No cóż - ma dystans do obcych ;) 

Staram się myśleć pozytywnie, choć dzisiejszy poranek nieco mnie rozwalił. Cieszę się, że je i daje się uspać - gdyby był z tym problem byłby dodatkowy kłopot. Pewnie minie jeszcze trochę czasu zanim się w pełni zaadoptuje, ale mam nadzieję, że najgorsze za nami, że z każdym kolejnym dniem będzie tylko lepiej. Trzymajcie kciuki za naszego żłobkowicza!

Rodzaj porodu, a karmienie piersią.

Rodzaj porodu, a karmienie piersią.

Kilka dni temu spotkałam znajomą, która urodziła miesiąc temu swoją drugą pociechę. 
Widziałyśmy się pierwszy raz od czasu kiedy poszła do szpitala, więc zaglądam do wózka, chwilę rozmawiamy. Pytam jak się miewa Maleństwo i Ona. Niekoniecznie chodziło mi o to, jak karmi. Raczej czy dobrze sypia, czy nie ma bóli brzuszka, czy Ona już doszła do siebie. 

W zamian pada zdanie, za które mam ochotę wystrzelać w kosmos ... tylko właściwie nie wiem do końca kogo.. 

"Jest na butli, bo ja miałam tylko trzy tygodnie mleko, bo jestem po cesarce, a Ono (specjalnie mowię ono, a nie ona lub on) raz chciało jeść, raz nie.. przynajmniej mogę teraz spokojnie zacząć zrzucać to co przybrałam..." 

Wryło mnie w świeżo wyłożony przedklatkowy chodnik. 

Przeprowadźmy dogłębną analizę tej wypowiedzi. 

1. Miałam trzy tygodnie mleko - Jeśli przystawiasz dziecko regularnie, na żądanie swoje i jego to mleko samo z siebie nie zanika. To nie jest takie proste. Jeśli zamiast podać dziecku pierś, wsadzasz mu do buzi smoczek myśląc "Jezu, znowu chce do cycka - nie możliwe, że jest głodne" - piersi nie dostają sygnału, że jest potrzeba produkcji. W pierwszych Waszych tygodniach z noworodkiem po tej stronie.. jest ciężko. Wiadomo! Dziecko chce co chwile jeść, bo to co zje a są to ilości mierzone w kilkunastu mililitrach (10-50) to zaraz pojawi się w jakiejś postaci w pieluszce. Więc nie dziw się, że dziecko chce co chwile, nie zatykaj jego buzi smoczkiem, bo skutki będą takie, że dziecko dostanie sygnał, że nie opłaca się jeść, skoro można dostać "suchego" uspokajacza, a Twoje piersi nie dostaną informacji, że dziecko jest głodne i pora zacząć tworzyć pokarm. 

2. Bo jestem po cesarce - A jakie to ma znaczenie? Otóż ŻADNE! Rodzaj porodu nie ma żadnego znaczenia w tym, czy w Twoich piersiach pojawi się pokarm czy też nie pojawi. U niektórych mam po cc pojawi się trochę później (na 3/4 dobę) a u niektórych pojawia się od razu.  Rodzaj porodu nie jest czynnikiem, który decyduje o karmieniu piersią, bowiem do karmienia piersią organizm przygotowuje się dużo wcześniej. Już około 16 tygodnia ciąży piersi przygotowują się do produkowania i wydzielania pokarmu - odpowiada za to wzrost stężenia prolaktyny odpowiedzialnej za produkcję mleka w pęcherzykach mlecznych. Ostatecznym sygnałem dla organizmu, że drogę mleczną czas zacząć, jest wydalenie łożyska. Wraz z wydaleniem łożyska w organizmie kobiety następuje duży spadek stężenia progesteronu, który w czasie ciąży blokował produkcję i wydzielanie mleka. Jednocześnie następuje wzmożone wydzielanie prolaktyny oraz inne zmiany w gospodarce hormonalnej pozytywne dla rozbudzenia laktacji. Dlatego gadka w stylu "Jestem po cesarce, nie mam mleka/straciłam mleko" powinna odejść do lamusa. Zastanawiam się czemu wciąż panuje takie przekonanie, dlaczego w szpitalu nie ma prowadzonych zajęć edukacyjnych w tym kierunku, które uświadomiłyby kobiety w tej materii. Nie potrafię tego ogarnąć. 

Bartka urodziłam przez cc. Walczyłam o każdą krople swojego pokarmu od pierwszego wieczora. Karmiłam 18 msc do samoodstawienia.

Kacpra urodziłam naturalnie. Temat laktacji spłynął na mnie z totalnym spokojem. Wiedziałam, że wszystko będzie dobrze i w swoim czasie. Na sali poporodowej leżały ze mną dwie dziewczyny po cc. Mimo tłumaczenia, że muszą uzbroić się w cierpliwość i NIE dokarmiać dziecka butlą, które to co potrzebuje spije sobie od nich (i to mu wystarczy!) nie dały sobie przetłumaczyć i futrowały małe brzuszki niepotrzebnymi ml przez co dzieci potem płakały, bo matki wciskały im zbędne mililitry chcąc sobie polepszyć i zyskać chwilę spokoju. 

Podsumowując. Cierpliwość. Tylko spokój, chęci i cierpliwość jest w stanie zapewnić Wam dobry mleczny start. 

3. Raz chciało jeść, raz nie... 
Dzieci po cc bywają bardziej zmęczone, ospałe. Trudniej im zaadaptować się do nowego otoczenia. Przez co wolą więcej spać, nie mają siły ssać. To mija. Karmienie na żądanie, to karmienie wtedy - kiedy chce dziecko.. Lub kiedy - potrzebują tego Twoje piersi. 
Jeśli dziecko nie chce ssać - usypia (a nie ma zdiagnozowanej żółtaczki) warto próbować je rozbudzić.. jeśli nie da się - ściągnij mleko. Nie opuszczaj karmień na początku. Aby rozbujać laktacje ważne jest cykliczne opróżnianie piersi. Dawanie im sygnałów, że mają działać! 

Jeśli dziecko wstanie podaj Mu znowu pierś. To nie jest tak, że ona jest pusta - mleko napływa w momencie ssania. 
Nie pozwalaj sobie na dłuższe przerwy do momentu ustabilizowania laktacji. Max 3h. 

4. Przynajmniej mogę zacząć zrzucać... 
Karmienie piersią jest jednym z najlepszych sposobów na powrót do wagi sprzed ciąży. Zdrowo jesz, dziecko ładnie ściąga od ciebie. Nocne wstawanie, wspólne spacery. Wiec to kolejny argument bez pokrycia... Pokuszę się nawet o takie spostrzeżenie... Mogę zacząć zrzucać? W sensie mogę iść na siłownie, a dziecko może nakarmić np. tata, bo poda butle? z mm? Z Twoim mlekiem też może podać. Jedno nie wyklucza drugiego. 

Wydaje Wam się, że karmienie mlekiem modyfikowanym jest prostsze, szybsze, łatwiejsze, wygodniejsze? 
Nic bardziej mylnego. Jest droższe (cena mleka, butelek, wyparzacza, smoczków które trzeba wymieniać), skomplikowane - gdzie podgrzać mleko w trasie jak termoopakowanie zawiedzie? Gdzie wymyć butelkę? 
W nocy musisz wstać, zrobić mieszankę, podgrzać wodę... a przy karmieniu piersią? 
Bierzesz dzieciątko, wyciągasz pierś i tyle. Odpowiednia temperatura zawsze i wszędzie. Jedyny minus? Czasem sutki będą pogryzione - ale idzie przeżyć... 

Każdy robi jak uważa, każda mama wie swoje. 
Ale ja namawiam tylko do jednego. Bądźcie szczere wobec siebie. Szukajcie pomocy, jeśli macie jakieś wątpliwości (doradca laktacyjny, najlepiej taki, który przyjedzie do domu i dokładnie sprawdzi gdzie tkwi problem).. 
Nie wmawiajcie sobie i innym głupot bez pokrycia. Lepiej od razu powiedzieć : Wybrałam karmienie mieszanką dla swojej wygody. Nie rozsiewajcie takich głupot dalej. Bo jak powiecie komuś, kto uwierzy, że po cc jest problem z karmieniem... To zatoczy się wielkie koło GŁUPOTY. 



Żłobkowe dylematy matki

Żłobkowe dylematy matki

Wiele lat temu, kiedy pracowałam w prywatnym punkcie opieki i miałam w swojej grupie dzieciaczki od 6 msc do roku - obiecałam sobie, że moje dziecko nigdy nie pójdzie do żłobka. 
Jak się okazuje, życie kolejny raz zweryfikowało moje postanowienia, a dodatkowo jak to się mówi "Tylko krowa nie zmienia zdania". 

Życie potoczyło się tak, a nie inaczej, że kolejny raz musimy być zdani tylko na siebie, ale z każdej sytuacji jest wyjście i skoro my mamy podążyć właśnie taką drogą - może właśnie ona jest właściwa i wszystko małymi kroczkami się pomyślnie ułoży? 

Boję się. Jasne, że się boje. Ba! Jestem przerażona. 
Kacpi we wrześniu będzie miał 16 miesięcy. Chodzi (więc nie będzie sytuacji, że ktoś go zgniecie, bo tylko raczkuje), jest bardzo radosny, kontaktowy, raczej nie strachliwy i dopisuje Mu apetyt. Nie wybrzydza, zjada wszystko chętnie i dużo :) 
Jedyne co to nadal kwestia snu. O ile przestawiliśmy się już na jedną drzemkę w okolicy 12, nadal jest problem tego rodzaju, że Królewicz przebudza się po 30 minutach i próbuje wstać, i najchętniej i najlepiej śpi, kiedy ktoś jest obok i głaszcze Go po rączce, kiedy próbuje się wybudzić. Wtedy śpi pięknie i to nawet 2h. 
Możliwe, że zabawa, hałas, zajęcia grupowe zmęczą Go na tyle, że padnie na leżaczek i będzie spał jak zabity 2h. Być może, ale jeśli nie? Marudzonko do wieczora w domku, bo pół godzinna drzemka to dla Niego zdecydowanie za mało przy całodniowych aktywnosciach, które uprawia. To typ dziecka, które więcej chodzi niż siedzi (identyko jak Bartek). Martwią mnie też choroby, do tej pory prócz katarków i gorączek mieliśmy tylko ten rumień, a tak wszystko nas omijało.. Jasne, wiem, że to nabieranie odporności i lepiej jak się wychoruje w żłobku, będzie odporniejszy w przedszkolu.. ale po to wracam do pracy, aby pracować i zarabiać, a nie żeby brać zaraz L4 na chorego brzdąca. 

Martwię się, jak zniesie rozłąkę. Wstępnie będzie siedział w żłobku od 8 do 15, z czego od 12-14 mają drzemkę, a o 14:15 drugie danie obiadowe. 
Mam nadzieję, że będzie dzielny, że oboje będziemy.

Tak wyglądają moje obawy. Od 2.09 zaczyna się adaptacja. Jeśli mój tydzień próbny pójdzie dobrze, to mąż pójdzie na nią. Jest hardcorowa, bo rodzice są tylko 20 minut na sali, a potem dziecko zostaje na 2h samo. I tak dwa dni, po czym zostaje już na spanie i obiadek. 

Nasza wyprawka nie jest jakaś spektakularna. Mamy przynieść tylko ubranka na zmianę, kapcie, smoczek z opakowaniem, podpisane pieluchy, chusteczki suche i mokre, śliniaczek z kieszonką, piżamkę. 

Sierpień zbliża się ku końcowi, a to oznacza, że nowy etap coraz bliżej. Trzymajcie za nas kciuki. 
Rumiany motyl na twarzy

Rumiany motyl na twarzy

Jakiś czas temu dotknął chłopaków paskudny wirus. Był właściwie nie bardzo upierdliwy, ale śmiało możemy zaliczyć go do pierwszych poważniejszych wirusówek w życiu naszego Młodszego Panicza.

Rumień zakaźny, bo o nim mowa, zazwyczaj dotyka kilkuletnich dzieci - wiadomo skupiska przedszkolne sprzyjają rozwoju parwowirusów B19 i nie tylko ich. Zatem najpewniej Bartek przyniósł z przedszkola tego dziada! 
Bo też od Niego właśnie się zaczęło, z tymże Jego wysypka objęła ręce, nogi, pachwiny i pośladki - omijając charakterystyczny rumieniec na twarzy. Najpierw poszłam właśnie z Nim do lekarza, i pani doktor stwierdziła że to alergiczne, że podawać fenistil, zyrtec. Po kilku dniach rumiany motylek wyszedł na twarzy Kacperka, a u Bartka wysypka przeobraziła się w takie obrączki, środek blady, kółeczko czerwone. Starszak rozprawił się w około 10 dni z chorobą, u Kacperka niestety trwało to około 3 tygodni - długo. Niesprzyjające były też akurat trwające upały. Wysypka zaostrza się właśnie po ekspozycji na słońce, przy wysokich temperaturach - kiedy dziecko jest przegrzane, spocone, po ciepłej kąpieli. 

Parwowirus B19 przenoszony jest drogą kropelkową oraz krwi i trudno go zniszczyć czynnikami chemicznymi i fizycznymi, dlatego bez sensu jest podawanie dziecku jakichkolwiek leków przeciwalergicznych czy co gorsza antybiotyków. U pacjentów z prawidłowym układem immunologicznym choroba zostaje samoistnie zwalczona. Radykalne leczenie wdrażane jest u pacjentów z obniżoną odpornością. Bardzo rzadko u dzieci występuje potrzeba podawania przeciwciał, aby pobudzić układ odpornościowy do walki z zakażeniem. W większych skupiskach ludzi wirus ten może wywoływać epidemię, jednak zarażenie nie zawsze prowadzi do wystąpienia objawów w postaci wysypki czy innych symptomów. Według wielu badań, większość ludzi miała kontakt z parwowirusem B19 przynajmniej raz w życiu, ponieważ posiada swoiste przeciwciała. Przebieg jest bezgorączkowy lub z niewielką gorączką, bólem gardła, katarem i niekiedy bólami mięsniowymi. Objawy te są grypopodobne i występuja przed charakterystyczną wysypką. Oczywiście nie wszystkie symptomy mogą pojawić się jednocześnie, a dodatkowo żaden z nich nie jest alarmujący i specyficzny, zatem postawienie trafnego rozpoznania nie jest łatwe. U nas nie pojawiło się nic - prócz wysypek. 
Bardzo często jedynym symptomem rumienia zakaźnego jest wysypka posiadająca charakterystyczny wygląd – girlandowaty. Początkowo pojawia się na twarzy żywy rumień, obejmujący głównie policzki z pozostawieniem bladości wokół ust, następnie zaatakowane zostają ramiona, tułów i kończyny. Plamki ulegają zblednięciu w centralnej części, tworząc rumieniowe obrączki, co tworzy jej charakterystyczny wygląd. Warto zauważyć, że wysypka nie obejmuje dłoni i podeszwy stóp.

Uwaga! Chory jest najbardziej zakaźny przed wystąpieniem wysypki! Dlatego bardzo ciężko odizolować np. drugą pociechę. U nas Bartek zaraził Kacperka, już zanim pojawiła się u Niego wysypka.. Byliśmy na przegranej pozycji z tą podstępną chorobą. 
Choroba nie jest groźna, ma szybki i dość łagodny przebieg zazwyczaj, ale zdecydowanie nie powinny mieć z nią styczności ciężarne!

Mieliście styczność już z tą wirusówką? 



  
Mamo, Tato zagrajmy w grę. W RPG!

Mamo, Tato zagrajmy w grę. W RPG!

Gry fabularne, czyli opowiedz mi bajkę (inaczej...)


Czym są gry fabularne?
To wspólne opowiadanie bajki. Rodzic jest narratorem, dziecko opowiada, jak reaguje na różne sytuacje. Powstaje z tego wspólna historia. Kości do gry dodają elementu losowego, dzięki czemu opowieści są ciekawe, emocjonujące i różnorodne.



W Jagodowym Lesie są tabele, z których losuje się pomysły na historię. Opis świata jest krótki, ale treściwy. To gra dla rodziców, więc musi być szybka do przeczytania i przyswojenia. Podręcznik to scenariusz na zabawę z dzieckiem:
- kto jest kim,
- gdzie toczy się opowieść,
- jakie są wyzwania,
- jakie są nagrody.







Przykładowa gra:



Na przykład Jagodowy Las jest grą fabularną do prowadzenia dzieciom, która bazuje na mechanice Fajerbola. To świat krasnoludków, których młodzi przedstawiciele szukając swojej drogi w życiu należą do Strażników. Przemierzają las, gdzie czeka na nich m.in.:
- Oswajanie młodych zwierzaków.
- Odbijanie ważnych miejsc z łap i paszcz dzikich zwierząt,
- Wykradanie zasobów z ludzkich siedzib,
- Podejmowanie decyzji co do rozbudowy rodzinnej wioski.


Zalety!
- Spędzanie czasu z dzieckiem i skupienie na sobie nawzajem.
- Poznawanie dziecka: jego marzeń, reakcji na porażki, o czym marzy, jakie chce być, czy umie się dzielić... łatwiej dowiedzieć się co je trapi, co zmartwiło je w przedszkolu lub szkole.
- Nauka języków obcych poprzez wprowadzenie postaci z obcych krain.
- Dzieci budują pewność siebie i poczucie własnej wartości poprzez podejmowanie własnych decyzji.
- Nauka radzenia sobie z porażkami i ich konsekwencjami. Gdy bohaterom w bajce coś się nie uda, dziecko ma możliwość “na sucho” poznać efekty swoich działań.
- Można wprowadzić proste dodawanie i liczenie. Ocenianie, czy wynik jest większy, niż poziom wymagany do sukcesu. Rodzic decyduje, jak dużo elementów edukacyjnych chce zawrzeć w grze: np. historię (kim jest Kopernik?), geografię (na zachodzie mieszka smok), ekologię (kaczki rozbolał brzuch od spleśniałego chleba).
- Gry Jagodowy Las oraz Syrenki i Trytony były testowane wśród maluchów: z nadpobudliwością, z problemami logopedycznymi, nieśmiałych… opiekunowie byli mile zaskoczeni, jak dzieci się zaangażowały.
- Dziecko chce rozmawiać z tymi, którzy chcieli z nimi rozmawiać wcześniej. Wytworzyła się więź, która przyda się w burzliwym okresie dojrzewania.



Gdzie szukać?
- Grupa na Facebooku “Mamo tato zagrajmy w RPG”   
- Fanpage Fajerbol Junior (codziennie pomysły, inspiracje, ogólne informacje o nowościach). Oraz kanał YouTube

Na początek:  



Zapowiada się super, a my serdecznie Wam polecamy!





Graj i wygraj torbę! konkurs z Canpol Babies

Graj i wygraj torbę! konkurs z Canpol Babies

ZADANIE KONKURSOWE : 

Najzabawniejsza historia, która wydarzyła się podczas Waszego wspólnego wyjazdu z dzieckiem / dziećmi. Może być to zdjęcie (kolaż do max 4 fotek), może być opis historii. 



Czy wyjazd z dzieckiem kojarzy Ci się ze spokojem? Odpoczynkiem? Czy może męczą Cię obawy, że czegoś zapomniałaś/eś i będziesz musiał cały czas zerkać na swoje dzieciaki, więc od samego myślenia jesteś dodatkowo zmęczona/y? Opowiedz mi o tym :) 

Wybór zwyciężcy zostanie przeprowadzony na zasadzie wyboru jednej najbardziej zabawnej historii lub zdjęcia.

Wysyłka nagrody przez Canpol Babies w przeciągu 14 dni od zakończenia konkursu. 

Informacje dodatkowe : 

- w konkursie mogą wziąć udział osoby pełnoletnie, zamieszkałe na terenie Polski.
- konkurs przeprowadzony jest za pozwoleniem Canpolbabies
- Facebook nie jest w żaden sposób związany z naszym konkursem, nie sponsoruje ani nie przeprowadza go.

-Zapoznaj się z treścią oraz zaakceptuj zapisy Regulaminu poprzez umieszczenie 
odpowiedzi na pytanie konkursowe pod postem konkursowym na fb, lub na blogu ewentualnie wyślij na maila : zaneta.bomba87@gmail.com
- Konkurs skierowany jest do fanów profilu mother-and-son oraz Canpol Babies.
-  Wszyscy lubimy się bawić, dlatego zadbajmy o udostępnienie informacji o konkursie na FB oraz zaprośmy znajomych do wspólnej zabawy. 

Nowości wydawnicze Zielonej Sowy

Nowości wydawnicze Zielonej Sowy

Dziś mamy dla Was dwie nowości wydawnicze Wydawnictwa Zielona Sowa.




Yeti na placu zabaw! Szkolne szaleństwa - Butchart Pamela


To kolejna propozycja dla fanów "Szkolnych szaleństw".

Historia niesamowita, bo spowijana tajemnicą, zabawnymi dialogami oraz sytuacjami. Pojawienie się odcisku Wielkiej Stopy na placu zabaw, to nie lada gratka! Maja i jej przyjaciele są podekscytowani! Pada gęsty śnieg, więc mają nadzieję, że zostaną odesłani wcześniej do domu. Lecz nagle słyszą dziwne hałasy dochodzące z placu zabaw i znajdują na śniegu odcisk wielkiej stopy… Wtedy już wiedzą! Na placu zabaw grasuje Yeti i jest bardzo, bardzo głodny! Ale przecież te stwory wyginęły, albo i nie? Czy to aby na pewno Yeti? Koniecznie zapoznajcie się z książką, aby poznać odpowiedź na pytanie : Czy Yeti... zje dzieci? :)






To już siódma część przygód naszej ulubionej Małej Pani weterynarz. Siódma historia spotkań z nowymi pacjentami i w dodatku daleko od domu. Misia spędza urodziny na wyjeździe razem z Ewcią, Mamą i oczywiście Popikiem. 

Zbliżają się ósme urodziny Misi. Popik, najlepszy przyjaciel dziewczynki postanowił przygotować dla niej niespodziankę. W tym celu piesek wybrał się do pobliskiego lasu. Niestety w drodze powrotnej napotyka rannego zajączka. Biedny uszatek nie może wydostać się z dołu, na placu budowy. Psiak próbuje go bezskutecznie uwolnić, wiec mknie po pomoc do swojej pani.. Wybawienie z tej niebezpiecznej sytuacji jest już bliskie, lecz wtedy sam Popik również wpada do dołu. Czy nic mu się nie stanie? 

Wakacje trwają w najlepsze... Misia wraz z mamą i Ewcią, swoją najlepszą przyjaciółką, wyjeżdżają nad morze.
Tam, oprócz zabaw na plaży, znajdą się zwierzęta, które potrzebują Misiowej pomocy.
Pierwszym z nich jest ranna rybitwa, która ma niesprawne skrzydło. Nadmorski ptak ma w nim haczyk na ryby, a dzięki Misi znów będzie mógł cieszyć się lataniem.  Kolejnym zwierzęciem, jakie zostanie uratowane z niedoli jest łaciata foka. Dzięki wsparciu mamy dziewczynki, foka otrzymuje natychmiastową pomoc.
W ostatnim dniu pobytu nad morzem Misię i Ewcię czeka wspaniała niespodzianka.





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Mother and Son , Blogger