lutego 01, 2019

Kiedy opieka nad dzieckiem odbiera wszelką moc (dosłownie). Żegnaj styczniu.

Zerwałam pierwszą kartkę z naszego nowego, pięknego kalendarza, z którego patrzą na mnie dwie uśmiechnięte twarze naszych dzieci. Pamiętam jak specjalnie biegłam do przedszkola, aby Kacperek załapał się na spotkanie z fotografem, bo zamarzył mi się właśnie taki kalendarz z obojgiem. Właśnie, biegłam..

Ostatnie 8 miesięcy żyłam i żyję w ciągłym biegu. Wiem, często to mówię, często się żaliłam na nie wyspanie, zmęczenie, podkrążone oczy...
Na wiecznie wyskakujące jęczmienie na powiekach, na katar, który w przeklętym styczniu miałam trzy razy ! Cieszę się, że ten miesiąc już za nami. Żegnam go z radością i nadzieją, że teraz, skoro zaczęliśmy ten 2019 rok tak felernie - będzie już choć trochę lepiej.. 

Mam wrażenie, że cały styczeń przechorowaliśmy. Jak nie ja, to tatowy, jak nie tatowy to Bartek.. Jedynie tfu tfu Kacper się uchował od poważniejszych powikłań (niech żyją przeciwciała z mamusinego mleczka). Końcówka miesiąca dowaliła nam najbardziej. 

Bartek przyniósł w piątek kaszel, w sobotę doszła temperatura. W niedzielę tuliłam Go, prosząc by wyzdrowiał, a mi oddał chorobę i temperaturę. Moje modły zostały wysłuchane. Aż zanadto. Nie pamiętam (ani mąż) kiedy ostatnio miałam taką temperaturę i byłam tak chora. 5, a moze 6 lat temu? Rozłożyło mnie na łopatki 39,3 stopnia. Miałam wrażenie, że mleko w piersiach mi się zagotuje, ale dzielnie przystawiałam Kacpra wierząc w moc przeciwciał. U lekarza Bartek dostał antybiotyk na pięć dni, a ja serię Prenalen i herbatkę z lipy. Obojgu nam specyfiki na szczęście pomogły, chociaż kaszlemy jeszcze oboje i dziś na kontroli Bartkowi dorzucona została jeszcze seria inhalacji. Do środy co najmniej w domu jeszcze posiedzi. Choć jak nie ścina Go temperatura z nóg - to chodzi po ścianach, bo energia rozpiera ;) 

Co do mnie.. Mimo, że gorączka minęła, nad ranem, o 4:00 w środę przydarzył mi się kolejny incydent, który dotąd nie miał miejsca. 
Po kolejnym karmieniu Kacpra zrobiło mi się nie dobrze. Wstałam, poszłam do łazienki z zamysłem, że pewnie będę wymiotować. Ale nie, załatwiłam się i chciałam wrócić do łóżka. Zgasiłam światło, zakręciło mi się w głowie, w oczach zrobiło mi się ciemno i upadłam. Nie wiedziałam w którą stronę mam wrócić do łóżka, jak mam wrócić do płaczącego od huku mojego upadku Kacperka. Krzyknęłam imię męża, który spał u Bartka, bo ten jeszcze gorączkował. Mąż wyszedł z pokoju, podniósł mnie, a kiedy prowadził mnie do łóżka odleciałam drugi raz. Nigdy mnie takie coś nie spotkało. Kumulacja choroby, przemęczenia, gorączki, osłabienia, mało piłam tego dnia, jadłam.. I tak się niestety skończyło. Mój silnik stracił wszelką moc. Po tamtym zdarzeniu mam uraz, kiedy gasną światła w domu. Boję się chodzić po ciemku, bo boję się, że znów upadnę. Po nocy boli mnie tył głowy, dobrze, że przez włosy nie widać siniaków, bo nie chce ich widzieć... 

Moje "narzekanie" na zmęczenie, brak snu, brak czasu na odpoczynek nie było bezpodstawne. Wiele razy mówiłam, że w końcu padnę, chociaż nie wiedziałam, że stanie się to tak szybko. Widać, lata robią swoje. 6 lat temu przy Bartku miałam więcej siły, mniej obowiązków, a i Bartek nie był aż tak wymagającym dzieckiem jak Kacperek. 

Nie wiem co będzie dalej. Jak zwolnić to swoje zabiegane życie.. Jak nauczyć w końcu Kacpra przesypiać noce i spać w dzień chociaż dwa razy po godzinie, by znaleźć czas na odpoczynek. 

Co gorsza zbliża się koniec mojego pobytu w domu z Nim. I po tej akcji, obawiam się o to, jak dorzucę do swoich obowiązków jeszcze pracę na etacie. Jak ja to udźwignę? 

Być może myślicie sobie "Co Ty gadasz babo, jedna masz dwójkę dzieci?, inne sobie radzą, a Ty jęczysz". No i super, zazdroszczę szczerze że sobie radzą. Ale może tamte dzieci śpią w nocy, w dzień? Może nie wymagają aż tyle od mamy, nie wysysają z niej wszelkich soków energetycznych? Fajnie! 

Luty. Bądź dla nas łaskawszy. Odpuść nam. 

Brak komentarzy:

Copyright © 2016 Mother and Son , Blogger