Festiwal Dzieci Gdynia, czyli o festynie w strugach deszczu.

Gdynia już od dłuższego czasu huczała na jego temat. W autobusach wisiały plakaty, w radio słychać było sporo informacji, facebookowe wydarzenie szybko zapełniło się chętnymi, którzy nastawili się na super zabawę dla siebie i swoich pociech. 




Czym w ogóle jest festiwal? Według definicji wikipedii: 

Festiwal (łac. festivus – radosny, wesoły, świąteczny) – szereg imprez, przeważnie artystycznych jednego typu (np. filmowych, muzycznych, teatralnych), będących przeglądem osiągnięć w danej dziedzinie, zorganizowanych w jednym czasie i pod wspólną nazwą, często ujętych w ramy konkursu.

Event w którym wzięliśmy udział w sobotę (odbywał się również w niedzielę) nie był więc ani trochę Festiwalem. Ja nazwałabym go raczej festynem. 

Schody zaczęły się dla nas już przy odbiorze biletów. Ale tą sytuację pominę milczeniem, bo nie wiem czy jest bardziej oburzająca czy śmieszna. 

Park Kolibki, w którym miało miejsce wydarzenie jest ogromny, i zamiast wykorzystać na maxa jego potencjał od wejścia witały nas samochody, które zajmowały ogromny teren parkingowy (pomijam, że niedaleko jest parking przy Centrum Handlowym i spokojnie tam można by parkować - wszyscy by się zmieścili) 

Tuż za wejściem witały nas foodtracki, w których najtańsza zapiekanka kosztowała 18 zł. Ceny - kosmos! 

Pokierowaliśmy się w stronę dmuchańców. Zjeżdżalnia, dwa skoczki - trampoliny, trampolina typowa oraz coś jakby piłkarzyki takie na dmuchanych bokach. Bartkowi i koledze przypadły do gustu piłkarzyki, ciężko ich było wyciągnąć. Ale udało się i poszliśmy też na dmuchany zamek ze zjeżdżalnią, gdzie rozgorzała przy nas ostra wymiana zdań między mamami na oko rocznych dzieci, a panem z obsługi. Panie na siłe chciały aby ich ROCZNE dzieci skorzystały z dmuchańca mimo że ledwo dawały radę same wejść na niego po schodkach. Zdecydowanie przy takich "zabawkach" powinny być regulaminy jasno określające od jakiego wieku można z nich korzystać. Zabawnie było patrzeć jak jedna z mam na siłe popycha na górę swoje maleństwo a potem z nim zjeżdża by pokazać swoją wyższość nad panem... Madki są straszne. 





Chłopaki pokorzystali z dmuchańców (pomijam 30 minutowe stanie w kolejkach). Pokonali tor przeszkód. Odwiedziliśmy też panią stomatolog.
Było też malowanie twarzy i piłkarskie bramki (tu też pomijam kolejki). Udaliśmy się coś zjeść, a potem pod scenę. Chcieliśmy obejrzeć teatrzyk Profesora Wodorka, jednak Wujek Ogórek (pierwszy raz słyszałam i zapewne ostatni) trochę (około 20 minut) przedłużył swój występ. Bawił się świetnie na scenie, dzieci pod nią już trochę mniej.. (tu pominę pogodę, która się popsuła i zaczęło lać.) Staliśmy, słuchaliśmy Wujka Ogórka śpiewającego (o ile śpiewaniem można to nazwać) o dinozaurach i turbożółwiach... ( nie pytajcie... ) w strugach deszczu. Profesorek Wodorek - owszem, zabawny. Rozśmieszył nas :) Po nim miała wystąpić Gwiazda tego dnia Majka Jeżowska! Bartek bardzo lubi szczególnie piosenkę "Na Wyspach Bergamuta"... Niestety - nie doczekaliśmy. Koncert miał zacząć się o 16:30. Zaczął o 17:00. Bartiemu było zimno i strasznie przemokliśmy. 




Podsumowując. 
Nie był to Festiwal dla Dzieci, bo o Dzieciach pomyślano tu drugorzędnie. Trzy dmuchańce (gdzie na gdyńskich festynie dla Dzień Dziecka jest ich 10-15.. i są za DARMO!) to kpina przy takich opłatach za bilety. 
Stoiska różnorodnych firm, które mogły się pokazać i foodtracki. Komercja na sto fajerek. 
30 minutowe opóźnienie koncertu, przy opadach deszczu - spoko.. stary może poczekać, ale dzieci? WSTYD! 

Nic więcej Wam nie powiem, bo nie było tam nic co byłoby warte uwagi i zachwytu. Rodziny z dziećmi wydały ponad 100 zł na to, aby dzieci poskakały sobie na dmuchańcu i pomalowały twarze. I moja opinia nie jest jedyną negatywną. Profil Festiwalu zalała fala podobnych... 








Brak komentarzy:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Mother and Son , Blogger