maja 21, 2018

12 dni razem. Wspomnienie porodu i moja ocena szpitala Klinicznego w Gdańsku.

12 dni razem. Wspomnienie porodu i moja ocena szpitala Klinicznego w Gdańsku.
W końcu po wielu, wielu dniach znalazłam chwilę aby usiąść i spisać te jakże świeże wciąż wspomnienia mojego pobytu na Klinicznej. Bałam się go jak wiecie. Odliczaliśmy wszyscy dni do 7.05 kiedy to otrzymałam termin stawiennictwa ze względu na cukrzycę ciążową. Bałam się ze względu na odległość od domu, tęsknotę za Bartkiem. Bałam się powtórki z pierwszej ciąży, kiedy to musiałam spędzić dwa długie tygodnie na patologii ciąży nim doznałam zaszczytu poznania swojego pierwszego synka. 

Tym razem było inaczej. I to właściwie wszystko. Zaczynając od tego, że ta ciąża była bardzo inna od pierwszej, skończywszy na tym, że dziś po 12 dniach widzimy ogrom różnic w zachowaniu naszego drugiego potomka w stosunku do Bartusia. Ale od początku... 

Stawiennictwo na poniedziałek, 7.05, a tymczasem już 6.05 w okolicach godziny 17 dostaje telefon, że są akurat wolne łóżka na patologii i czy nie chciałabym przyjechać, bo jutro może już nie być. Pierwsza myśl "Nie, bo nie mam jak dojechać...", a w drugiej już z teściową siedziałam w samochodzie z torbami i jechałam do Gdańska. 

Po krótkim pobycie na IP położniczej, zeszła po mnie z patologii bardzo miła i młodziutka położna (pierwsza osoba, którą będę bardzo mile wspominać z tego pobytu) i zaprowadziła mnie na oddział. W sali przyjęć tysiąc pytań, badanie ciśnienia, wagi (kończyłam z +4kg). Kiedy już się rozgościłam na swojej sali zaproszono mnie na ktg. Na wieczór zaplanowano jeszcze dla mnie atrakcję w postaci USG dopplerowskiego, które odmieniło nasze dotychczasowe życie, kolejny raz o 360 stopni :) 


Podczas badania rozmawiałam z Panią doktor mówiąc o dziecku w brzuszku "Ona", "córka", "czy z nią...?" Tymczasem Pani doktor w pewnym momencie do mnie "Ale to na pewno ona?, przecież ja tu widzę jądra". W pierwszym momencie pomyślałam sobie, że żartuje. Takie heheszki na rozruszanie nowoprzyjętej pacjentki. 
Ale nie. Oto proszę Państwa na ekranie monitora maluje się mi przed oczami piękne, dorodne męskie przyrodzenie. W tym momencie moja córka stała się moim drugim synkiem. Szok, niedowierzanie, strach i w głowie pytania : "Co ja zrobię z pięcioma kartonami sukienek, tunik i różowych śpioszków?" i "Jak na tą zmianę zareaguje Bartek?". Tego bałam się najbardziej. Było już późno, ale zaraz po badaniu zadzwoniłam z nowiną do męża. Myślał, że żartuje. Nasz drugi syn spłatał nam takiego psikusa, że w przedbiegach strollował wszystkie żarciki dotychczasowe swojego taty :) 
Najlepsze jest to, że badało mnie trzech lekarzy (prowadzący i dwóch z lux medu) i wszyscy zgodnie twierdzili, że będzie córka. XXI wiek pokazuje, że mimo rozwoju technologii takie cuda potrafią wyjść. 

7.05. Na ten dzień zaplanowano dla mnie pierwsze próby wywoływania porodu, na sali pojawiła się także koleżanka z forum na Facebooku :) Razem spędziłyśmy tylko dwa dni.. 
Miałam test OCT, który miał sprawdzić jak czuje się Malutki i moje łożysko. Skurcze pojawiały się w okolicach maksymalnie 60-ciu. Po teście panie położne powiedziały, że może, ale nie musi rozpocząć się akcja porodowa. Nie rozpoczęła się. Więc kulałam się dalej. 

8.05 był dniem bezproduktywnym. 

9.05 około godziny 12:00 
Wsadzono mi cewnik Foleya, czyli taki silikonowy wężyk, który wypełniono solą fizjologiczną. Jego zadaniem jest zwiększyć o 2 cm rozwarcie. W internetach wyczytałam, że polecają aby z nim dużo chodzić, bo podczas chodzenia szybciej dochodzi do zamierzonego efektu. U mnie efekt był taki, że po 30 minutach dostałam mega zawrotów głowy i zaczęły pojawiać się skurcze. Co więcej były one silne i dość regularne. Cewnik nie wypadł (a miał), ale rozwarcie się zwiększyło, więc skutek jego działania był pozytywny. Na badaniu ginekologicznym pani doktor sama mi go usunęła, informując, że albo się zatrzymają skurcze, albo rozbuja się na całego. 
Marzyłam o tym drugim. 
Wróciłam na salę, skurcze nie ustawały. O 19 poczułam, że zaczęły sączyć mi się wody, a skurcze przybierały na sile. Dzwoniłam do męża, że może się szykować, bo jadę na porodówkę i prawdopodobnie będziemy rodzić. Logistyka zadziałała w miarę sprawnie. Teściowa śmignęła do Bartusia, a mąż pociągiem do mnie. Gdyby nie zdążył na pociąg, którym przyjechał - nie zdążyłby na końcówkę porodu. 

Na sali porodowej miałam dość młodą, średnio przyjemną położną. Skurcze były bardzo silne, krzyżowe. Kiedy wjechałam na porodówkę miałam 4 cm rozwarcia. Przy 6-ciu miałam iść pod prysznic i na piłkę. Nie zdążyłam.O 20:45 usłyszałam "pyk" a potem chlusnęły wody płodowe, których jak się dowiedziałam było bardzo dużo. Młoda położna okazała się średnio pomocna i dołączyła do niej starsza, około 50-letnia, której przypisuje zasługę tego, że dałam radę urodzić naturalnie. Podczas skurczy wielokrotnie krzyczałam, że "chcę cesarki, że nie dam rady", a Pani położna uparcie twierdziła, że dam radę, że jestem silna, że muszę się skupić i skumulować całą swoją siłę na parciu i oddechu. 
Jestem jej niezmiernie wdzięczna, że tak mnie dopingowała, bo właśnie głównie dzięki temu uwinęliśmy się właściwie w dwie godziny. Mąż wleciał na salę jak już była prawie główka po naszej stronie :) 
Przeciął pępowinę, popłynęły łzy. A ja cieszyłam się, że mam to za sobą, Kacper zaczął tracić tętno, lekarka która pojawiła się na sali ucisnęła mi brzuch, aby szybciej wyskoczył, przez co dość silnie pękłam, prócz tego że zostałam nacięta (i w tym miejscu przestrzegam przed panią ginekolog położnik "P" pracującą w szpitalu na Klinicznej i prowadzącą własną praktykę lekarską również w Gdańsku). Łożysko i zszywanie - to było pikuś. Na prawdę nie wspominam dobrze całego porodu, mimo, że był szybki i sam finał cudowny (Kacper urodził się o 21:55, 3440 gram, 57 cm) i dostał ostatecznie 10 pkt. Spędziliśmy dwie godziny na sali poporodowej we trójkę. 

Na oddziale noworodkowym pojawiła się żółtaczka. Powtórka z rozrywki sprzed pięciu lat. Na szczęście Kacper po naświetlaniu uporał się z nią szybciej niż Bartuś i tak 14.05 w rocznicę ślubu rodziców o 17:30 zawitaliśmy już w domku. Starszy braciszek zachwycony od pierwszego spotkania w szpitalu (na drugi dzień już przyjechał), ale w domu to czyste szaleństwo. Co chwile buziaczki, chce trzymać na rączkach. Miłość nie z tej ziemi. 

My uczymy się funkcjonować w nowym trybie dostosowanym do naszej prawie dwutygodniowej Kruszynki. Póki co nocki są w miarę - śpi z nami, bo kołyskę toleruje tylko w dzień. Karmimy się tylko piersią (od początku), pięknie śpimy na spacerku (różnie od Bartka, który mega płakał w wózku). Jest fajnie. Fajnie jest być mamą dwóch łobuziaków. 

Tylko nie fajne są te siatki i kartony z różowymi ciuszkami, więc serdecznie zapraszamy na wielką wyprzedaż w cenach do 20 zł maksymalnie :) TUTAJ WYPRZEDAŻ

Opinia końcowa o szpitalu Klinicznym w Gdańsku. 
Opieka lekarzy i położnych : 5/6 
Większość bardzo pomocna, można porozmawiać, zapytać, rozwiewają wątpliwości. Nie spotkałam się z jakimiś głupimi odzywkami. Położne młode, widać, że póki co nie zmęczone pracą, delikatne, kompetentne. 
Jedzenie : 5/6 
Dużo, mało warzyw, ale szło się najeść, więc naprawdę jeśli idziesz rodzić to nie idź z nastawieniem na bufet hotelowy. To jest szpital. Ja nie narzekałam, jedyne co to mąż donosił mi pomidora, ogorka do kanapek. 
Oddział noworodkowy : neonatolodzy - super! 6+/6 
Bardzo kompetentni, chętnie tłumaczą i odpowiadają na pytania. Naprawdę w porównaniu z opieką w szpitalu w Redłowie z Bartkiem - niebo do ziemi! 
Położne na noworodkowym - też bardzo pomocne. Kilkakrotnie otrzymałam pomoc w związku z karmieniem piersią. Dopingują, pomagają, wspierają. 

I to by było tyle wspominek :) Mam nadzieję, że dobrnęliście do końca. 

kwietnia 18, 2018

Zostań Młodym weterynarzem w towarzystwie Misi i jej przyjaciół z Lipowej Kliniki. Nowość wydawnicza Zielonej Sowy.

Zostań Młodym weterynarzem w towarzystwie Misi i jej przyjaciół z Lipowej Kliniki. Nowość wydawnicza Zielonej Sowy.
O Misi, małej pani weterynarz opowiadałam Wam już dwa razy : TUTAJ i TUTAJ .

Dziś chciałabym Wam przedstawić nie książkę, ale grę właśnie z udziałem bohaterów tej pięknej serii dla dzieci. 



Autorką gry jest Anna Sobich-Kamińska, a ilustratorką Agnieszka Filipowska.

Bohaterami gry są zwierzęta, które dotychczas pojawiły się we wszystkich książkach serii. Gra ma proste zasady gry. Gracze podczas gry ćwiczą pamięć, spryt i logiczne myślenie, a do tego zdrową rywalizację.

Gra przeznaczona jest dla 2 - 4 graczy, wiek 4+, czas rozgrywki ok. 10-15 minut.


W pudełku znajdziemy:
- 30 dużych kart ze zwierzętami
- 2 duże karty ze sprzętem weterynaryjnym
- 4 żetony startowe z kliniką na drzewie
- instrukcję

Mamy do wyboru dwa warianty gry. 


Pierwszy wariant: 
,,Klinika Młodego Weterynarza", to prosta gra do której wykorzystujemy wszystkie elementy z pudełka.


Celem jest wyleczenie zwierząt, które pojawiły się w klinikach.

Gracze wybierają swoje kliniki i kładą je przed sobą. Potasowane karty układają na stole - 16 kart (4 sztuki w 4 rzędach). Pozostałe karty układamy w stosik zakryty.
Grę rozpoczyna najmłodszy gracz. Odkrywa dowolną kartę z tych rozłożonych na stole i dokłada do swojej kliniki. Następne tury, to już zbieranie pasujących kart. Pasująca karta, to taka, która ma albo takie samo zwierzątko jak to na ostatniej położonej przy klinice karcie, albo ilość zwierząt ta sama.

Na miejsce ,,zabranej" karty na stół kładzie kartę z zakrytego stosika (bez podglądania).
Gdy karta odkryta nie ma tego samego zwierzaka lub tej samej ilości, to karta na stole zostaje na powrót zakryta i kolej na kolejnego gracza.
W grze są karty specjalne ,,sprzęt weterynaryjny", to stetoskop i plaster. Karta umożliwia dołożenie dowolnej karty do kliniki (nawet jeśli nie pasuje).

Zakończenie gry:
Gra kończy się, gdy jeden z graczy zdobędzie 10 punktów. 

Gra jest wciągająca, prosta i emocjonująca, ćwiczy liczenie, pamięć, cierpliwość. Mechanika zbliżona jest do znanych wszystkim memorów. 


Drugi wariant: Gracze próbują jak najszybciej pozbyć się swoich kart. Wygrywa gracz, który zrobi to jako pierwszy.

W tej grze wykorzystujemy tylko karty ze zwierzętami (karty ze sprzętem weterynaryjnym i żetony nie biorą udziału w grze).
Tasujemy karty. Każdy z graczy otrzymuje 8 kart. Pozostałe karty trafiają na stos zakryty.
Gracze rozkładają przed sobą karty w takiej kolejności w jakiej je otrzymali.
Jeden z graczy odsłania kartę ze stosu zakrytego. Gracze jednocześnie próbują pozbyć się swoich kart, czyli położyć je na stosie odkrytym. Jednak karty muszą pasować do wcześniej położonych. Musi być takie samo zwierzę albo liczba zwierząt.
Gra kończy się, gdy jeden z graczy pozbędzie się wszystkich kart. Ten gracz zostaje zwycięzcą.

Gra jest świetnym dopełnieniem książeczek. Bartek bardzo lubi słuchać przygód Misi, więc gra również bardzo przypadła Mu do gustu. Pudełko jest małe, więc zdecydowanie nadaje się na zabranie w podróż i grę w plenerze podczas wiosennego lub letniego pikniku. 

Polecamy wszystkim fanom sympatycznej, małej pani weterynarz tą pozycję od Wydawnictwa Zielona Sowa. 

kwietnia 17, 2018

Kiedy nadchodzi ten gorszy czas ... Kumulacja dolegliwości w 36 tygodniu.

Kiedy nadchodzi ten gorszy czas ... Kumulacja dolegliwości w 36 tygodniu.
Te 35 tygodni minęły mi naprawdę spokojnie. Prócz standardowych dolegliwości, zmęczenia, senności.. naprawdę nie miałam na co narzekać. Nawet kiedy pogodziłam się z cukrzycą, zaakceptowałam ograniczenia, jadłam zdrowo - wiedziałam, że robię to przede wszystkim dla Niej. Z tą myślą żyłam pół roku (od listopada). Z tą myślą wkuwałam sobie pen z insuliną każdego wieczora. Zaciskałam zęby i powtarzałam sobie, że już niedługo.. 

Wszystko zmieniło się w minioną środę. Złapały mnie okropne duszności i bóle pod lewą piersią. Żadna pozycja nie przynosiła ulgi. Na zegarku dochodziła 22, kiedy wsiadałam w taxówkę i zaczęłam swój objazd po szpitalach. Suma summarum wróciłam do domu koło 1:00, z informacją, że to prawdopodobnie dolegliwości gastryczne. Nie chcę pamiętać tej nocy, to w sumie jedyna taka, kiedy znów odczułam w jak beznadziejny sposób działają polskie szpitale, w jaki sposób traktuje się ciężarne. Niech to wspomnienie jak najszybciej uleci z mojej głowy. Ot, takie mam życzenie. 

Czwartek. 
Pojawiło się swędzenie dłoni, stóp, pleców, szyi, brzucha. Jestem w miarę na bieżąco z nowinkami bo lubię poczytać fachową literaturę z działu ciążowego. Domyśliłam się, że może to być cholestaza. 

"Cholestaza ciążowa (pełna nazwa: wewnątrzwątrobowa cholestaza ciężarnych, WCC) jest rzadką chorobą. W Polsce dotyka około 4 procent kobiet w ciąży. Istnieje rodzinna skłonność do jej występowania, ale bezpośrednia przyczyna choroby związana jest z działaniem hormonów płciowych: estrogenów i progesteronu. Ich stężenie jest największe w III trymestrze ciąży (około 30. tygodnia) – wtedy właśnie może okazać się, że wątroba jest zbyt słaba, by poradzić sobie z tak dużą dawką hormonów. Dochodzi wówczas do wewnątrzwątrobowego zastoju żółci."

Mając nadzieję, że to chwilowe i tylko mi się wydaje przeczekałam czwartek, piątek, ale w sobotę poleciałam z rana na badania wątrobowe. Niestety wyniki są podwyższone. Wczoraj miałam przyśpieszoną wizytę i dla stu procentowego potwierdzenia musiałam dziś jeszcze zrobić badanie kwasów żółciowych. 

Wczorajsza wizyta potwierdziła, że Misia jest już bardzo nisko, lekarz powiedział, że jak będę się tak dalej rozwijać, to mogę nawet nie dotrwać do stawiennictwa na 7.05, bo kumulacja cukrzycy i cholestazy może przyśpieszyć nasze rozwiązanie. 
Tak czy siak, termin z miesiączki, czyli 20.05 jest zupełnie nierealny. Szczerze - cieszę się. 

Nie narzekałam, nie miałam dość. I chociaż nadal uwielbiam ten stan i będę tęsknić za brzusiem i kopniaczkami. Ale mam nadzieję, że te 3 tygodnie (albo i mniej) zlecą nam równie szybko jak dotychczasowe 35 tygodni. 


PS. Na zdjęciu nasza 2860 gramowa panienka, która bardzo się sfochowała, że ktoś jej robi fotkę i przeszkadza :) 
Bardzo podobna do braciszka z tego zdjęcia i zapowiada się tatusiowy nosek. 





kwietnia 15, 2018

Ul i pszczóły - praca na konkurs do przedszkola.

Ul i pszczóły - praca na konkurs do przedszkola.
To chyba nasz ostatni konkurs przed rozwiązaniem, dlatego postanowiłam że pomogę Bartkowi, skoro miał ochotę wziąć w nim udział. Pomysł wpadł mi do głowy w sumie dość szybko.

Na ul wykorzystaliśmy : 
- nadmuchany balon (super się sprawdził z biedronki - był żółty, więc dopasował się kolorystycznie ;) ) 
- żółtą bibułę, którą ponacinałam. Przykleiliśmy trzy warstwy, żeby dokładnie pokryć cały balon

Na pszczółki : 
- opakowania po zabawkach z kinder niespodzianek
- drucik 
- filc, z których zrobiłam pszczółkę, paseczki, żądło
- ruchome oczka

Przyklejaliśmy magic klejem, zszywaczem i taśmą przezroczystą. 

Dodatkowo dokleiliśmy też kwiatki dookoła, które fajnie się wpasowały. 

Ja wycinałam, Misio wszystko przyklejał. Efekt nas zadowala :) 




Jak Wam się podoba? :) 



kwietnia 10, 2018

Jak szybko wygrać z uciążliwym katarkiem w małym nosku? Pomocnik numer 1 !

Jak szybko wygrać z uciążliwym katarkiem w małym nosku? Pomocnik numer 1 !
Jak Wam wspominałam, od listopada dużo chorowaliśmy. Bartek przeszedł przez anginę, kaszelki, katarek, który skończył się zapaleniem uszka. To była ciężka zima pod względem chorobowym. 

Po zapaleniu uszka Misio nabawił się urazu do wydmuchiwania noska. Robił to przez dłuższy czas bardzo delikatnie, z ogromnym przerażeniem w swoich niebieskich oczkach. 
Było mi Go strasznie żal, a jednocześnie jako świadoma i doświadczona już w bojach katarkowych, namawiałam Go do dokładnego oczyszczania, żeby nie spłynęło znów na gardełko. To takie błędne koło - wiadomo. 

Z pomocą przyszedł nam aspirator Haxe
I chociaż na internecie krążą o nim różne opinie, chociaż jest porównywany do katarka, którego podłącza się do odkurzacza, na mnie od początku zrobił bardzo dobre wrażenie.



Prawda jest taka, że dzięki jego rozmiarom, przy pomocą wody morskiej, która rozcieńczy nam wydzielinę możemy oczyścić nosek w ciągu kilku sekund. Aspirator robi to bezboleśnie i bardzo skutecznie, wystarczy postępować zgodnie z instrukcją. 

Bardzo dużym plusem jest to, że wszystkie elementy, które mają kontakt z katarkiem możemy dokładnie umyć. Część aspiratora, która zawiera baterie nie ma w żaden sposób kontaktu z wodą, bo po prostu rozłączamy zabrudzone elementy i bez strachu myjemy. 

W pudełku znajdziecie dwie końcówki. Jedną do katarku wodnistego, drugą do katarku gęstego. 
Producent pomyślał też o dzieciach, które mogą się bać tego typu sprzętu. Aspirator Haxe posiada guzik, którym możemy włączyć 12 melodyjek, które "umilą" naszemu maluszkowi czas podczas oczyszczania noska. Bajer dla najmłodszych! My na razie korzystaliśmy z Niego przy 5-cio latku, ale wydaje mi się, że przy Izuni także będziemy bez obaw go używać. Aspirator obowiązkowo trafił na listę "must have wyprawkowe". 

Polecamy Wam to przydatne urządzenie, zwłaszcza jeśli macie w domu chorowitka, albo alergika. My stawiamy duże plusy za : lekkość, poręczność, łatwe utrzymanie w czystości,  rozmiar, oraz stosunkowo cichą pracę, dzięki czemu bez obawy możemy oczyszczać nosek w nocy (kiedy katarka do odkurzacza już raczej nie podłączymy, bo postawimy cały dom na nogi). Dla mnie super rozwiązanie i jestem mega zadowolona!


HAXE aspirator do noska wesprze was w walce o powrót do zdrowia i szybko pozbędziecie się katarku! 


kwietnia 09, 2018

Motylki na ścianę. Piękna dekoracja dziecięcego kącika. (szablon)

Motylki na ścianę. Piękna dekoracja dziecięcego kącika. (szablon)
Odkąd dowiedziałam się konkretnego terminu przybycia na świat naszej Królewny, rozpoczęliśmy bardzo aktywne przygotowania do powitania Jej po tej stronie brzuszka. Na pierwszy ogień poszła kołyska. Obawiałam się jej składania, ale poszło łatwiej niż myślałam i to bez instrukcji ;) Okazało się, że brakuje kilku śrubek, ale nasze domowe zapasy załatwiły sprawę. Oczywiście miałam super pomocnika, któremu zapał i optymizm wypływa dosłownie uszkami :) 

Kilka dni temu w przypływie uśpionej weny twórczej zrobiłam motylki na ścianę. Jakoś tak smutno wyglądała, a jako że Królewna gościć przez najbliższy rok będzie w naszym pokoju, chciałam jej jakoś upiększyć ten kącik. Wyobrażam sobie jak leży w kołysce i spogląda na "fruwające" motylki. 

Ich wykonanie jest bardzo proste. Wystarczy odrysować wycięte szablony na zgiętych na pół papierach kolorowych. To ile potrzebujecie - jest indywidualną sprawą. Ułatwieniem jest właśnie odrysowywanie ich na zgiętych kartkach, bo macie wtedy idealnie odznaczony środek. 
Ja korzystałam z tych szablonów poniżej : 


























 

Efekt końcowy mnie satysfakcjonuje. 























a Wam jak się podoba? :)  




kwietnia 07, 2018

Ciasto na weekend. Truskawki w chmurkach na biszkoptach.

Ciasto na weekend. Truskawki w chmurkach na biszkoptach.
Truskawki kocham miłością niezmienną od lat, a te z Biedronki ostatnio tak mile mnie zaskoczyły swoim smakiem, że postanowiłam zrobić w nich ciasto. Miałam ochotę na coś lekkiego, bo świętach został mi jeden serek mascarpone, więc doczekał się w końcu swojego udziału :)




Składniki:

Spód:
1,5 opakowania biszkoptów
150 g masła

Nadzienie:
250 g mascarpone (np. z Piątnicy)
200 ml słodkiej śmietanki 30% tłuszczu (musi być bardzo zimna, min. całą noc w lodówce
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii (albo wyskrobane ziarenka z laski wanilii/w ostateczności pół łyżeczki aromatu waniliowego) - można pominąć lub dodać inny. Ja dałam migdałowy - też super smakuje.

Wierzch:
500g truskawek 

Wykonanie:

Masło pokroić na kawałki, roztopić na małym ogniu. Zdjąć z ognia i nieco przestudzić. Ciastka bardzo drobno pokruszyć - najlepiej malakserem (ewentualnie w woreczku używając wałka), dodać masło - masa powinna mieć konsystencję mokrej bułki tartej.
Tortownicę (u mnie o szerokości 24cm) wyłożyć masą ciasteczkową, ugniatać, tworząc równy spód, wykładać też boki tortownicy - do wysokości 2-3 cm. Schładzać w lodówce (na czas przygotowania masy).
Mascarpone dokładnie zmiksować z cukrem i z ekstraktem z wanilii. W innym naczyniu bardzo zimną śmietankę 30% (albo 36%) ubić na sztywno (po odwróceniu naczynia, masa pozostaje nieruchoma), dodać ją do masy mascarpone i mieszać delikatnie łyżką, aż do dokładnego połączenia się składników.
Truskawki umyć, usunąć szypułki, pokroić.
Na ciasteczkowy spód wyłożyć masę z mascarpone i bitą śmietaną na to ułożyć truskawki. 
Wykonanie jest banalnie proste jak widzicie, a smak - obłędny i zapewniam Was, że na jednym kawałku "do kawki" się nie kończy ;) Cięzko się oderwać od blaszki.



Smacznego!
Copyright © 2016 Mother and Son , Blogger